Nie dziwić się proszsz, że tak często piszę. Mam czas. Mam oceany czasu. Ostatnio tylko piszę lub czytam (niewiele więcej mogę chwilowo robić, nieprawdaż). Skończyłam dziś ostatnią książkę - cały zapas lektur wsysłam, już mi się ręce trzęsą - więc żeby coś przeczytać dziś wieczorem, muszę sobie to sama napisać.
Przyleciały moje płyty. Same starocie. Led Zeppelin, Deep Purple, Breakout, inne w ten deseń.
Znam je od dzieciaka na pamięć. Wychowywałam się wśród wyznawców kościoła rock'n'rolla. Odebrałam naprawdę cholernie dobrą edukację muzyczną. Trzynastoletnią siksą będąc, czytałam biografię Jima Morrisona i bezskutecznie próbowałam zrozumieć, o co właściwie gościowi chodziło. Ale nigdy nie chciałam mieć tych wszystkich legendarnych krążków na własnej półce - aż do teraz.
To jak z cegłą, o której wszyscy mówią, że to klasyka literatury i której trzeba było nauczyć się na pamięć przed maturą - parę lat później odkrywacie ją na własny użytek i, z przeproszeniem, sikacie po nogach.
Słucham i leżę.
Leżę, proszę państwa. Szczęka rytmicznie wali mi o podłogę.
A te płyty mają po czterdzieści lat.
Jednak czterdziestolatek czasem też potrafi sprawić, że zdejmujecie majtki przez głowę. Ba, potrafi to nawet lepiej niż młodzież.
Słucham "When The Levee Breaks" i myślę, że muszę dorobić się kiedyś domu na urokliwym zadupiu, żebym mogła namiętnie podkręcać potencjometr bez obaw o zdrowie psychiczne moich sąsiadów. Myślę też, że to bardzo męska muzyka. Jakby mi z głośników parował stężony testosteron. Właśnie tego potrzebowałam.
Chcę więcej.
Obawiam się, że gdybym żyła w tamtych czasach, uciekłabym z domu i została groupie, a potem wydała bestseller o penisach gwiazd rocka - naprawdę muszę sobie wreszcie kupić "I'm With The Band", choć podobno wartość literacka tegoż dzieła jest mniej więcej taka, jak nadruków na biletach MPK.
Takie widocznie moje przeznaczenie, ciągnie mnie do chłopców z gitarami.
No, może nie do wszystkich.
No dobrze. Do jednego.
Swoją drogą, przeczytałam niegdyś w "Przekroju", że "Stairway to Heaven" powstała taka długa po to, żeby prezenter radiowy mógł wyjść na papierosa i zdążył wypalić całego.
Wątpię, żeby to prawda była, ale wtedy przynajmniej mogli to puszczać bez pytania dyrektora programowego o zdanie.
Soczki Tymbarku przeważnie mają rację.
Kiedy chciałam umówić się z gadułą na randkę i musiałam do niego zadzwonić, soczek ogłosił "A NIE ODMÓWIĘ :)". To mnie podbudowało. Państwo czytelnicy być może pamiętają, że zbierałam się do tej akcji dwa tygodnie, w czasie których schudłam trzy kilo, a tuż przed godziną zero wytrąbiłam dla kurażu pół butelki wina - nie pomogło, gdy odebrał, to zaniemówiłam. Soczek jednak przepowiedział trafnie.
Dziś soczek stwierdził "LENISTWO USZCZĘŚLIWIA".
Hmmm.
A mnie już mdli od tego wylegiwania się.
Mieszkanie odgruzowane z pomocą rodziny, zaległości towarzyskie nadrobione wczorajszego wieczoru i... z niepokojem stwierdzam, że samotnie jednak nie jest tak wesoło, gdy człowiek zagipsowany po pupę. Niewygodnie. Nudno jakby troszkę. Boli mnie brzuch od tych zastrzyków, co to miały być bezbolesne. Doprawdy, mógłby mnie ktoś przytulić. I co teraz powiesz, samosiu?
Gaduła z gór przesyła ucałowania dla obolałej kończyny i innych moich części. Po chwili dostaję jeszcze jedną wiadomość:
"Jak prosiłaś, nie wspominam o pięknej pogodzie w Tatrach ani o tym, że jeździłem cały dzień".
Potrzebny mi cyjanek.
Pacjent będzie żył.
Wygląda na to, że obędzie się bez operacji, jeśli tylko będę grzecznie nosić szynę jeszcze przez jakiś czas, a później dam się zrehabilitować.
Nie muszę mówić, że wyrosło mi całe mnóstwo skrzydeł.
(Przydadzą się, bo nóżka odwinięta na chwilę z gipsowego opakowania była blada i mizerna).
Wobec powyższego wymogłam na tacie, żeby odstawił mnie do chałupy. Oczywiście, że było mi dobrze u rodziców, ale nie siedziałam u nich tak długo od epoki maturalnej. Odwykłam. Zatęskniłam za moją samotnością, za tym, że mogę odstawić kubek gdziekolwiek, słuchać w kółko przez godzinę tego samego kawałka, bo mi się akurat spodobał, nie zjeść kolacji, wypić o jeden kieliszek wina za dużo, paradować w samych majtkach, spędzić cały boży dzień na czytaniu książki. Mieszkanie w pojedynkę rozpuszcza człowieka jak dziadowski bicz.
Oczywiście do momentu, gdy trzeba samemu posprzątać bałagan, który wcześniej samemu się zrobiło.
Domyślam się, że dla niektórych osób powyższy opis jest dowodem na to, jak przerażające jest życie singla. Na szczęście nie jestem żadną z tych osób.
No i przyjechałam. I znowu nie podoba mi się Kraków, ale jednak czuję się, jakbym wróciła do domu.
Kochająca poczta jednak nie zatrzymała moich przesyłek, których nie mogłam w terminie odebrać. Dzwoniłam i prosiłam. Powiedzieli, że okej. Powiedzieli.
Mieszkanie, w którym od paru tygodni nikogo nie było, wyglądało dość smutno. Rozrzucone ubrania - poprzednim razem wpadłam tu tylko przenocować i wyjąć z plecaka brudną bieliznę - pusta lodówka, kurzu w pierony. Zimno. Cicho. Kwiaty przywiędły.
Po dwóch godzinach udało mi się tchnąć tu jakieś życie. Podłoga odkurzona, okno otwarte, ciuchy poskładane, w lodówce coś oprócz światła, kadzidełka pachną, muzyczka sobie gra, czajnik prycha. Miałam nadzieję, że będę dziś wieczorem darła się do spółki z koncertowym Dżemem, ale jeszcze nie przyszedł, więc słucham jazzu (bo ja się kocham skrycie w tym panu - za przepiękny głos; jak słyszę takie głosy, to mi się stanik rozpina).
Ponieważ nie poruszam się zbyt szybko, nie zdążyłam powstrzymać ojca przed zwizytowaniem sypialni ('mówiłaś, że w kącie trzeba odmalować, to ja zobaczę'). Na stoliku nocnym leży to, co leży. Aj. Pocieszam się, że jeśli to zauważył, może przynajmniej po cichu odetchnął z ulgą, że jednak jest dla mnie nadzieja.
Taka piosenka jest. Rzewna dość, co przy tej pogodzie nie jest chyba najzdrowsze, ale jej tytuł znakomicie oddaje moje samopoczucie.
Gianna ma cudowny głos, prawda? Lubię takie złamane wokale.
Nie mogę spać. Martwię się tym, co nastąpi, zupełnie jakby od mojego martwienia się sytuacja mogła się poprawić lub pogorszyć. Gdy wreszcie zasnę, to na krótko - budzę się przy każdym przekręcaniu się z boku na bok, bo muszę moją nibynóżkę wygodnie ułożyć za pomocą rąk. Rano zwlekam się na kanapę, ciągnąc za sobą moje worki pod oczami. Połykam wdzięczny stosik piguł na uszczelnienie żył, na obrzęk, na wzmocnienie kości, na rozrzedzenie krwi i – last but not least – na ładną cerę. Włączam sobie gadułę (jego praca, jeśli można to tak nazwać, ma tę jedną zaletę, że mogę go usłyszeć, kiedy chcę, nie dzwoniąc) i drzemię jeszcze trochę.
Zabawne – coś, co przez ostatnie miesiące regularnie przeklinałam, nagle ratuje mnie przed deprechą.
Pamiętam, jak podczas naszego pierwszego spotkania, nieświadoma zupełnie, czym kolega się zajmuje (nie bardzo chciał powiedzieć, a ja nie mam w zwyczaju ciągnąć za język), drwiłam i szydziłam obficie z jego branży. Gaduła jest po staroświecku uprzejmy, więc potakiwał. Musiał mieć niezłą uciechę z tej zacietrzewionej panienki, która robiła mu wykład na temat upadku polskiej muzyki rozrywkowej. Parę dni później odkryłam straszliwą prawdę i miałam ochotę wyrwać sobie wszystkie włosy z głowy, byłam bowiem przekonana, że ten uroczy człowiek nigdy więcej się do mnie nie odezwie po tym, jak go obraziłam.
Myliłam się, jak wiadomo stałym czytelnikom – ale gaduła nadal niechętnie mówi o swojej robocie. Czasem po trzecim piwie 0,6 zbiera mu się na opowieści i wtedy można się nasłuchać fascynujących historii zza kulis.
Zadzwonili do mnie z pracowni rezonansu z pytaniem, czy jestem zadowolona z usług (jak najbardziej, a bałam się tej warczącej machiny bardziej niż ataku wielkiej strzykawy podczas punkcji - bo ja mam troszkę jakby klaustrofobię) i czy zamierzam jeszcze korzystać.
Przy tym drugim pytaniu nieco się zacukałam.
Równie dobrze mogłoby brzmieć: ‘czy zamierza pani jeszcze kiedyś złamać sobie nogę?’.
Tymczasem Wizzair donosi w mailu: „Nie zdążyłeś zarezerwować miejsca w hotelu? Nie martw się, mamy dla Ciebie fantastyczną ofertę! Pokoje hotelowe za jedyne 8 osoba/noc!”.
Hmmm. Azaliż były osoby mrowie a mrowie?
Dzięki nadmiarowi wolnego czasu i dostępowi do sieci – słabemu, ale jednak – mogę tarzać się w książkach i płytach.
Odkopałam „Lektury nadobowiązkowe” Szymborskiej. Niesamowite, jaką perełkę można zrobić z recenzji podręcznika dla majsterkowiczów.
Czytam sobie blogi też, ale to już nie zawsze perełki. Fascynujące historie nie bronią się same i nie każdy umie je opowiadać. Smutek mnie ogarnia, gdy czytam relację z podróży na koniec świata napisaną w sposób mniej więcej taki: Wstałam rano i poszłam do sklepu po bułki. Nie było już bułek, więc kupiłam chleb. Zjadłam śniadanie i wyszłam do pracy. Autobus się spóźnił, ale wreszcie przyjechał. W pracy było miło. To tyle na dziś, pa.
Każdy temat można spieprzyć. Nawet wspomnienia z upojnej nocy w trójkącie.
A gdzieś u jakiejś dziewczyny znajduję zdanie: ‘pozwoliłam mu obejrzeć mecz’ i czytam je dwukrotnie, żeby upewnić się, że chodzi o mężczyznę, nie o pięcioletnie rozbrykane dziecko.
W życiu żadnemu facetowi na nic nie pozwoliłam.
No bo nie mam za bardzo prawa decydować o tym, co dorosły człowiek robi w wolnych chwilach. Nie jest moją własnością, którą mogę sobie dowolnie rozporządzać – i odwrotnie, ja nie należę w całości do niego. Owszem, gdyby postanowił wykorzystać zawartość mojego konta na zakup deski windsurfingowej (to musiałaby być bardzo tania deska...) lub pomalować moje mieszkanie w barwy wojenne - byłoby przyjemnie, gdyby spytał uprzednio o zdanie. Ale piwo, mecz, niedzielny wyjazd na narty? Niech sobie korzysta na zdrowie.
Mogę oczywiście się nie znać, bo przez wszystkie dorosłe lata unikałam mężczyzn, którzy chcieli spędzać ze mną cały swój czas i robić tylko to, na co ja miałam ochotę. Na cholerę mi taki bluszcz i mamałyga?
Pada śnieg.
Cudna zima za oknem.
Ogień huczy w kominku.
Grzane piwo z pomarańczami bardzo pyszne.
&$#@* żesz mać.
Mam dość.
Dni jakoś mijają. Oglądam stare filmy o pannie Marple. Próbuję zebrać moją pisaninę w coś sensownego.
Noga w nocy bolała upiornie, złamałam się i połknęłam ketonal, po którym śniło mi się, że chcieli mi odciąć stopy, dziękuję bardzo. Wolałam poprzedni sen o intensywnej wymianie płynów ustrojowych.
A przede wszystkim zazdroszczę.
Cholernie zazdroszczę ludziom, którzy mogą sobie wyjść z domu, odśnieżyć samochód, pogonić się z psem na spacerze, ponarzekać na mróz. Ja mogę wychylić głowę przez okno, zrobić zdjęcie soplom iskrzącym się w słońcu, westchnąć i zamknąć okno. Tyle, jeśli chodzi o mój kontakt z zimą i aktywność fizyczną. Widzieliście wczorajszy księżyc? W radiu mówili, że to najjaśniejsza noc roku.
Zawiesiłam planowanie wyjazdów. Nie czuję się z tym dobrze. Dla mnie naprawdę najgorszą udręką jest przymus siedzenia na dupie.
Dobrze, wystarczy rzężenia. To wcale nie to najważniejsze 'przede wszystkim'.
Bo tak naprawdę przede wszystkim chciałam napisać, że zdumiewa mnie i łapie za serce lawina dobrych słów - nie tylko tych od rodziny i przyjaciółek, ale też w mailach, komentarzach, esemesach. Nawet facet, od którego na Allegro kupuję książki górskie i którego poprosiłam, żeby wysłał paczkę parę dni później, odpisał serdecznie, że rozumie, też wylądował w gipsie po nartach i za rok na pewno nie będę już o tym pamiętać.
Co ważniejsze, dostałam też sporo konkretnych rad, które są mi dużo bardziej potrzebne niż uprawiane przez niektórych biadolenie nad moim losem.
Gdyby cały świat składał się tylko z takich obrazków, byłby cudownym miejscem.
Dopisane po południu
Tempo, jakie osiągam - nawet kulawa - w biegu do telefonu po przeczytaniu takich wiadomości, jest imponujące. Lawiny schodzące w tamtych okolicach źle mi robią na nerwy. Zawsze mam nadzieję, że się wygłupię z moją babską troską.
Chwilę później
Wygłupiłam się, jeździ w najlepsze. On ma jakąś umowę z tymi górami. Dzięki Bogu.
Po punkcji i rezonansie nastrój trochę mi oklapł. Trochę – znaczy przeryczałam trzy wieczory zrozpaczona, że w tym roku już nie pojeżdżę na nartach, góry tylko niskie, a glajty zapewne wcale. Tak się za nimi stęskniłam.
Nie wspomnę o tym, że wujaszek Google kusi możliwością zapoznania się z upiornymi historiami internautów, którym zdarzył się podobny uraz. To znakomity sposób, żeby popaść w głęboką depresję. Zabroniłam sobie czytania o tym. W ramach tego nieczytania kupuję stare płyty rockowe i bluesowe na Allegro, zamierzam sobie uzbierać kanon (tylko za cholerę nie wiem, gdzie mi się zmieści).
Ryczę oczywiście bardzo dyskretnie, w łazience lub przed pójściem spać. Poza tym trzymam fason. Zastanawiam się, ile czasu zajmie mi wymalowanie pazurków lewej stopy na drapieżną czerwień. Śmieję się z dźwięku wydawanego przez moją kulę stukającą o podłogę i z tego, że skutkiem ubocznym zastrzyków przeciwzakrzepowych może być długotrwały wzwód. Facet apetycznej zaraz poprosił, żebym mu podała ich nazwę.
Leki przeciwbólowe na razie trzymam na bezpieczny dystans, przepisali mi jakieś straszne prochy, dobre do tego, żeby całkowicie się otumanić. Wiem, że są fani tramadolu – znalazłam w sieci forum takich, co to namiętnie grzeją – ale ja takich środków unikam jak tylko mogę. W ulotce stoi, że mogą wywoływać 'poczucie uduchowienia' - tym bardziej podziękuję, nie chcę spędzić najbliższego tygodnia na wpatrywaniu się z podejrzanym zainteresowaniem we własne kapcie lub ogłaszaniu, że jestem bogiem. Ludzie to chorzy są. Z dwojga złego wolałabym stakan wódki. Poza tym nie boli mnie bardzo, nie widzę więc powodu, żeby się faszerować. Jestem dość odporna na ból.
Jednego procenta podatku jednak nie można GOPR-owi oddać, bo to nie organizacja pożytku publicznego – ale można przekazać pośrednio, Fundacji im. Kukuczki na przykład. Zamierzam upiec wielką szarlotkę i im zawieźć – jak tylko znów będę mieścić się na jednym siedzeniu, bo na razie w autobusie ja i moja nibynóżka zajmujemy dwa.
Apetyczna:
- Do końca życia nie zapomnę widoku ciebie w tym polarze, szaliku i fioletowych majteczkach, z tą folią na nodze. Siedzi taka ładna i się uśmiecha, a wszyscy dookoła niej skaczą…
Ja natomiast do końca życia będę pamiętać, że należy zawsze mieć na sobie twarzowe majtki i depilować łydki. Troszkę bardziej serio natomiast - dobrze sobie uświadomić, że nie ma potrzeby, żebyśmy nieustannie pokazywały żelazny hart ducha i były doskonałe 24/7. Dobrze sobie uświadomić, że to zwyczajnie niemożliwe. Mam teraz czas, żeby nauczyć się odpuszczać.
Gaduła lekko się nie odzywał w weekend, esemesy nie docierały, więc – chociaż niby nie chciałam zawracać mu kształtnego tyłka – dostałam regularnej kurwicy. Kiedy wieści go doszły, obudził mnie pytaniem, co to się stało.
Człowiek może sobie udawać twardziela, ale jak go wpakują w niewygodne ubranko i postraszą operacją, to jednak trochę rura mięknie. Pancerz się rozpada. Chciałoby się posłuchać tego urzekającego, rozbieralnego wokalu na żywo. Chciałoby się przytulić, wyniuchać znajomy cierpki zapach i usłyszeć, że z nogą na temblaku też wygląda się smakowicie. Chciałoby się pokochać, choć to teraz niewygodne i koleżka mógłby oko sobie wybić w ferworze walki.
W najgorszym wypadku poczekamy aż mi to zdejmą – zwłaszcza, że wygodniej mi tu na wiosze, przy kominku, niż w Krakowie, gdzie musiałabym robić za samosię – a potem urządzimy sobie festiwal.
(Gdyby kto był ciekaw, wujaszek Google służy również radami - ale nieciekawymi - z dziedziny uprawiania seksu w gipsie).
Póki co pozostaje mi gapić się na te zawadiacko rozpirzone loki na zdjęciach i chudnąć z przygnębienia.
Jednak cielska nie da się zmylić miękkimi kocami i czekoladkami. Śniło mi się, że się kochaliśmy. Publicznie zresztą. To był bardzo plastyczny sen. Dziwne, w snach to wszystko, co zazwyczaj trudno przywołać w pamięci - czyjś zapach, smak, dotyk - jest bardzo prawdziwe. Cholera jasna. Mogliby wymyślić jakieś środki znieczulające, dzięki którym dałabym się oszukać, że niepotrzebna mi teraz bliskość.
Dziewczyny często marzą o kochanku-frontmanie kapeli rockowej lub też byciu uratowaną przez muskularnego ratownika górskiego.
Wkurza mnie to, że wszystkie te głupie dziewczyńskie marzenia muszą mi się spełniać.
Proszę zwrócić uwagę, że poprzednia notka opiewała uroki narciarstwa.
Nadal uważam, że narty są fajne, ale byłyby jeszcze fajniejsze, gdybym pamiętała, że dla mojej lewej, wielokrotnie kontuzjowanej nogi dobrym wyjściem byłby stabilizator. Nie pamiętałam, skręciłam gwałtownie, usłyszałam donośne chrupnięcie i padłam w śnieg.
Pierwsza myśl - Jezu, połamałam się.
Druga myśl - nie panikuj, obmacaj nogę. Obmacuję. Dla porównania obmacuję drugą. Obie wyglądają podobnie. Przy próbie wstania kolano boleśnie się rozjeżdża, ale daję radę dodreptać do ogrodzenia.
Trzecia myśl - moja przyjaciółka mnie zabije.
Ktoś zauważa samiczkę wspartą o wbite w śnieg narty, 10 minut później przyjeżdża ratownik. Z całym sprzętem, który lepiej oglądać w filmach. Wtedy dopiero ogarnia mnie przerażenie i zaczynam go przepraszać.
- Ale my po to jesteśmy - mówi. Bardzo spokojny człowiek, uśmiechnięty. - Zdarza się, nie ma czym się przejmować.
- A panu się zdarzyło?
- W górach nigdy.
Widząc moją rozpacz, dodaje:
- Za to miałem taki wypadek, po którym 8 miesięcy w szpitalu leżałem. Spadochron.
- O, a ja na paralotni latam. Gdzie pan skacze?
- Tu, w Nowym Targu. Mam też licencję na samoloty sportowe.
Drogie panie, tacy mężczyźni istnieją.
Na chwilę zapominam o kolanie. Nadjeżdża drugi ratownik, panowie chcą mnie przenieść na nosze, ja protestuję, że powolutku zejdę sama, oni protestują, że nie wiadomo, czy to jednak nie złamanie. Obaj są bardzo mili, mówią do mnie jak do dziecka. Tymczasem nadciąga apetyczna. Jak mi później opowiadała, zobaczyła jadącego goprowca i coś ją tknęło. Puściła orczyk i biegiem popędziła pod górę.
W goprówce sadzają mnie na kozetce i wzywają karetkę. Przyjeżdżają jacyś śmieszni ludzie, którzy zdejmują mi założone na stoku usztywnienie (z napisem GOPR - żałuję, że nie wzięłam na pamiątkę) i zakładają nowe, nie wiedzieć po co. Lekarz - czy kto to tam był - twierdzi, że nie jest urazowcem, nie zna się, ale to chyba nie złamanie. W dwójkę męczą się nad zdjęciem moich butów, nie umieją, więc podnoszę się i rozpinam je sama. Najmłodszy ratownik, stojący w progu, przewraca oczami po raz pierwszy tego popołudnia.
- Zabierzecie ją na prześwietlenie? - pyta. Odmawiają. Podobno im nie wolno, bo są karetką reanimacyjną, a u mnie brak wskazań do reanimacji.
- Och. Od razu poczułam się lepiej - mówię. Ratownik w progu chichocze. Ma po mnie przyjechać coś innego z Nowego Targu. Niedługo.
Godzinę później nadal siedzę w dyżurce. Najmłodszy przychodzi z herbatą.
- Nie mamy cytryny - usprawiedliwia się. - I wyjąłem już torebkę, żeby za mocna nie była...
Mija kolejna godzina. Nadal siedzę.
- Porażka z tą karetką - wzdycha młody. - Zadzwonię tam.
Dzwoni. Buzia mu się wydłuża.
- Wiesz co? Polska służba zdrowia. Z Krakowa jadą, będą za godzinę.
Kurwa, myślę. Robi się ciemno. Do szpitala w Nowym Targu dość daleko. Nie będę miała jak wrócić po nocy.
Skoro nie ma karetki, to idę do łazienki. Zsuwam się z kozetki i śmiało podskakuję do kibelka.
- Luksusów tu nie mamy - śmieje się ratownik, zapalając mi światło. To akurat prawda, ale da się wytrzymać. Siusiałam nieco na narciarza, jak na ironię, bo nie umiałam usiąść.
- A może byś chciała telewizję sobie pooglądać? Albo poczytać?
- O, poczytać.
- Zaraz ci coś przyniosę.
Wyleguję się zatem i czytam. Pojawia się apetyczna. Mija kolejna godzina - już trzecia. Apetyczna klnie i jęczy, że to wszystko jej wina, bo to ona wymyśliła ten stok. Ja siedzę spokojnie i opowiadam jej dowcipy. Jest mi cholernie źle, zimno, smutno, noga boli, nadal nie wiem, co mi się stało, ale ktoś musi być twardy.
Ratownik zagląda do nas, żartuje, że jutro też możemy przyjść sobie u nich posiedzieć i dodaje, że jeśli ambulans nie przyjedzie do dwudziestej, odstawią nas sami do pensjonatu, a rano dotrzemy do szpitala. Kiwamy głowami i wtedy właśnie triumfalnie nadjeżdżają sanitariusze. Taszczą mnie, znów protestującą, do karetki (marki polonez) i zgadzają się zabrać apetyczną. Z szaleńczą prędkością jedziemy do Nowego Targu. Pierwszy raz jadę karetką. Oglądam sobie te gadżety i pod dwoma kocami marznę, bo ogrzewanie słabiutkie. Trasę z dyżurki do samochodu i potem na ostry dyżur pokonuję na rękach uroczych mężczyzn.
Gorąco życzę każdemu, któremu podobny uraz się zdarzy, żeby trafił właśnie na nowotarską urazówkę.
Ogląda się tam rzeczy straszne, ale w niespełna godzinę zostałam obmacana przez chirurga, prześwietlona, zagipsowana, ubrana, zaopatrzona w pliczek recept i czekałam na taksówkę. Wszyscy byli sympatyczni i uśmiechali się do mnie, a po szpitalu obwoziła mnie przemiła para dzieciaków z Służby Maltańskiej.
Potem zafundowałyśmy sobie z apetyczną lansiarski kurs taksówką przez ładny kawałek Małopolski, zatrzymując się tylko pod nocnym, bo emocje trzeba było jakoś przygasić. Do pensjonatu dotarłyśmy jednak tak zmęczone, że wypiłyśmy po jednym piwie i posnęłyśmy jak susły.
O mały włos zostawiłabym w taksówce moje narciarskie kalesony. - Ale byś panu narobiła kłopotów z żoną - beształa mnie apetyczna.
Kolano mam skręcone. Nie boli zbytnio, tylko że zagipsowali mnie na tydzień od kostki po tyłek, nie jestem więc szczególnie sprawna i siedzę rozkraczona nieelegancko. Muszę też sama sobie robić przeciwzakrzepowe zastrzyki i nie mogę się przemóc, słabo mi na samą myśl, choć te igiełki są malutkie. Mimo to stwierdziłam, że nie skracamy pobytu, a rankiem sama się ubrałam, zawiązałam buty i poszłam - to za dużo powiedziane - do kiosku po gazetę i coś do pisania, żeby zanotować to wszystko. Apetyczna natomiast poszła na stok. Zauważył ją jeden z ratowników, podjechał, wypytał o mnie i ucieszył się, że nic poważnego się nie stało. Później spotkałyśmy się w knajpie.
Jedynym - oczywiście poza nieruchawością - minusem takich atrakcji jest chamstwo ludzkie. Kierowca, który na mnie trąbi, bo zbyt wolno przechodzę przez jezdnię. Mamusia w restauracji komentująca głośno: 'widzisz córeczko, pani nie uważała i tak się załatwiła". Na szczęście nie jest tego dużo. Muszę przyznać, że jestem absolutnie urzeczona opieką, jaką mnie otaczano. Nieopisanie wdzięczna tym chłopakom z GOPR-u, którzy są nie tylko bardzo fachowi, ale też pogodni i ciepli, i machają ręką zakłopotani, gdy chce im się podziękować. Wdzięczna też jestem lekarzom, którzy mnie zachlastali gipsem z uśmiechem na ustach. Apetycznej, no bo jest. I spędziłyśmy razem naprawdę fajny weekend - mimo wszystko. Uważam, że to był udany wyjazd. Troszkę sobie nawet opaliłam policzki.
Jeden procent podatku wiadomo oczywiście, komu oddaję. Oddałabym znacznie więcej. Bo strasznie zimno mają w tej dyżurce.
Od tej pory będę marzyć tylko o słonecznych popołudniach na tarasie.